Jak zamienić porażkę w sukces? Na Lekcję zaprasza Lech.

Można odnieść wrażenie, że podczas rewanżu Lech Poznań vs. Aarhus GF z upływem kolejnych minut pisał się nowy rozdział do książki autorstwa Michała Zachodnego: „Jak (nie) grać w Europie” i chociaż wiadro pomyj zostało wylane, to warto zastanowić się nad tym co można zrobić już dzisiaj żeby takich sytuacji jak wczoraj było jutro jak najmniej.


Sąsiedzi których tak wiele dzieli

Nie mam zamiaru się mądrzyć i rozbijać tego wszystkiego co wydarzyło się przez ostatnie lata w polskiej klubowej piłce nożnej ale jeśli ktoś mówi czy twierdzi, że się nie da zobacz proszę na przykład o wiele bliższy naszemu terytorium niż Hiszpania, Francja czy Anglia.


Oczywiście można szukać prostych wyjaśnień, większego szczęścia, lepszego losowania czy pojedynczych błędów w decydujących meczach. Problem w tym, że statystyka obejmująca kilkadziesiąt sezonów nie jest przypadkiem. Co więc decyduje o tym, kto w kluczowym momencie jest gotowy zrobić krok dalej, a kto po raz kolejny zostaje z poczuciem, że zabrakło naprawdę niewiele?

Przewaga rodzi się wtedy, gdy nikt jej nie zauważa

Widzimy zawodnika, który zadebiutował w Ekstraklasie (chociaż wczorajszy występ mistrza Polski nie jest zbyt dobrą jej wizytówką), podpisał kontrakt z zagranicznym klubem albo założył koszulkę reprezentacji Polski. Oglądamy jego najlepsze akcje, podziwiamy technikę czy charakter, a później zadajemy sobie pytanie: „Co sprawiło, że zaszedł tak daleko?”. Intuicyjnie szukamy jednego przełomowego momentu. Chcemy wierzyć, że był jakiś wyjątkowy trening, niezwykły trener albo jedno wydarzenie, które całkowicie odmieniło jego karierę. To bardzo wygodne wyjaśnienie, ale w zdecydowanej większości przypadków nie ma wiele wspólnego z rzeczywistością, bo piłka nożna to bardzo dużo szczęścia, ludzie których masz wokół siebie, wiele potu, łez, poświęcenia, mądrych decyzji a ostatecznie i tak nikt nie otrzymuje gwarancji odniesienia sukcesu ale zasadniczo się do niego zbliża. Co więc decyduje i łączy wszystkie przypadki? Droga jaką wybierze dla Ciebie życie.


Rozwój sportowy nie przypomina skoku a bardziej wspinaczkę po schodach, na których każdy stopień jest niemal niezauważalny. Jednego dnia zawodnik kładzie się spać trzydzieści minut wcześniej. Następnego zaczyna regularnie jeść śniadanie przed szkołą. Kilka dni później po treningu zostaje kwadrans dłużej, aby popracować nad przyjęciem piłki słabszą nogą. Po porażce nie obraża się na świat, ale zastanawia się, co może zrobić lepiej podczas kolejnego meczu. Żadna z tych decyzji nie robi spektakularnego wrażenia, ale potrafi zbudować przewagę, której efekty zobaczymy dopiero po wielu miesiącach lub nawet latach.

To dlatego tak często przeceniamy znaczenie pojedynczych wydarzeń, a jednocześnie lekceważymy codzienność. Jeden opuszczony trening nie przekreśla kariery. Jedna nieprzespana noc również nie sprawi, że zawodnik nagle przestanie się rozwijać. Tak samo jeden zdrowy posiłek nie uczyni nikogo lepszym piłkarzem, a jedna sesja z trenerem mentalnym nie zbuduje odporności psychicznej.

Sport działa jednak jak konto oszczędnościowe. Każda dobra decyzja jest niewielką wpłatą, a każda zła decyzja niewielką wypłatą. Na początku różnica wydaje się praktycznie niewidoczna, a dopiero z czasem okazuje się, że jeden zawodnik zgromadził ogromny kapitał, podczas gdy drugi przez lata żył w przekonaniu, że pojedyncze zaniedbania przecież nie mają większego znaczenia. Właśnie dlatego tak bardzo doceniam zasadę 1%. Nie dlatego, że jest modnym hasłem powtarzanym przez trenerów i mówców motywacyjnych, ale dlatego, że doskonale oddaje sposób, w jaki naprawdę rozwija się człowiek. I być może właśnie to jest najważniejsza lekcja, jaką warto zapamiętać. Sukces bardzo rzadko jest efektem jednego genialnego pomysłu. Znacznie częściej jest nagrodą za cierpliwość, konsekwencję i setki pozornie nieważnych decyzji, które przez długi czas nie przynoszą spektakularnych rezultatów. To one sprawiają, że po kilku latach jedni mówią o szczęściu i talencie, a inni wiedzą, ile pozornie zwyczajnych dni kryje się za każdym niezwykłym osiągnięciem.




Najważniejsze decyzje nie zapadają na boisku, tylko znacznie wcześniej.

Zastanawiałeś się kiedyś czym jest mecz?! Dla mnie to wydarzenie w którym widać konsekwencje wcześniejszych działań i efekt wszystkiego, co wydarzyło się przez poprzednie dni, tygodnie i miesiące a nawet lata. Bardzo często przeceniamy znaczenie rzeczy spektakularnych, a nie doceniamy siły codziennych nawyków. Rodzice szukają najlepszych obozów, indywidualnych treningów czy nowoczesnych metod pracy, zapominając, że fundament rozwoju powstaje w domu. Nawet najlepszy trener nie jest w stanie zrekompensować chronicznego niewyspania, nieodpowiedniego odżywiania czy braku regeneracji. To właśnie dlatego tak bardzo wierzę w małe decyzje. Nie dlatego, że pojedynczo są wyjątkowe, ale dlatego, że ich siła ujawnia się dopiero wtedy, gdy zaczynają tworzyć codzienny rytm. Wypicie wody zamiast słodkiego napoju, wcześniejsze pójście spać, kilka minut poświęconych na rozciąganie, spokojna rozmowa po nieudanym meczu zamiast nerwowej analizy błędów – każda z tych rzeczy wydaje się niewielka. Jednak po roku takich wyborów otrzymujemy zupełnie innego zawodnika i często również zupełnie innego człowieka. To właśnie w taki sposób buduje się odporność, odpowiedzialność i dojrzałość, których nie da się kupić ani przyspieszyć.

Dzieci więcej niż ze słów uczą się z naszych codziennych wyborów.

Jako rodzice bardzo często zastanawiamy się, co jeszcze możemy powiedzieć dziecku, aby bardziej uwierzyło w siebie, lepiej radziło sobie z porażkami albo zaczęło podchodzić do treningów z większym zaangażowaniem. Tymczasem jeśli sami nie potrafimy dotrzymywać własnych postanowień, trudno oczekiwać, że dziecko uwierzy w wartość konsekwencji.

Jeżeli powtarzamy, że błędy są naturalnym elementem nauki, a jednocześnie po własnych niepowodzeniach szukamy winnych i usprawiedliwień, właśnie taki sposób myślenia stanie się dla niego czymś normalnym. Dzieci uczą się przede wszystkim przez obserwację. To, jak reagujemy na stres, porażkę, zmęczenie czy sukces, jest dla nich znacznie bardziej przekonujące niż najpiękniejsze przemowy.

Dokładnie tak samo wygląda to w sporcie. Wielu rodziców mówi swojemu dziecku, że wynik nie jest najważniejszy. To bardzo wartościowe zdanie, ale jego prawdziwość weryfikuje kilka minut po zakończeniu meczu. Jeżeli pierwsze pytanie brzmi: „Ile było?” albo „Dlaczego nie wykorzystałeś tej sytuacji?”, dziecko bardzo szybko odkrywa, co naprawdę ma znaczenie. Zaczyna rozumieć, że deklaracje są czymś innym niż rzeczywistość. Nawet jeśli rodzic nie chce wywierać presji, jego codzienne zachowanie może wysyłać zupełnie inny komunikat. Warto więc od czasu do czasu zadać sobie kilka niewygodnych pytań:

Czy naprawdę chwalę dziecko za wysiłek, czy dopiero wtedy, gdy strzeli bramkę?

Czy potrafię zachować spokój po porażce, czy sam przeżywam ją bardziej niż ono?

Czy daję mu przestrzeń do wyciągania własnych wniosków, czy od razu zasypuję je gotowymi ocenami i radami?

Czy własnym zachowaniem pokazuję, że rozwój jest procesem, czy raczej oczekuję natychmiastowych efektów?

Odpowiedzi na te pytania bywają trudne, ale właśnie one najczęściej pokazują, dlaczego jedne dzieci z czasem stają się coraz bardziej odporne psychicznie, a inne zaczynają bać się każdego błędu.


Podsumowanie

Po każdej porażce o wiele łatwiej jest zapytać: „Kto zawinił?”, niż zastanowić się: „Co możemy zacząć robić lepiej już od jutra?”. Myślę, że to właśnie takie pytanie powinno wyznaczać kierunek każdemu zawodnikowi, rodzicowi i trenerowi, bo właśnie z takich, pozornie niewielkich zmian i wyborów rodzą się wielkie sukcesy.


Scroll to Top